Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samowychowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samowychowanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 października 2025

Pułapki Ascezy

Asceza, która prowadzi do życia, a nie do wewnętrznego spięcia, jest możliwa. Nie musi oznaczać zaciskania zębów, tłumienia emocji ani rezygnacji z tego, co cieszy. Może stać się drogą do głębszego kontaktu z własnym sercem, z tym, co autentyczne i prawdziwe.

Na duchowej ścieżce nietrudno jednak zboczyć z drogi. Tam, gdzie miała być wolność, wkrada się napięcie. Tam, gdzie miała być ufność – pojawia się kontrola. Tradycja duchowa i doświadczenie psychologiczne od dawna pokazują, że człowiek potrafi pomylić współpracę z łaską z próbą samodzielnego wywołania słońca. 

Jedną z takich pomyłek jest pelagianizm.

Pelagianizm to przekonanie, że wszystko zależy ode mnie. Jeśli tylko się postaram, wystarczająco zorganizuję, wymodlę, wyposzczę – osiągnę duchową pełnię. To jak próba ręcznego wschodu słońca: mogę wstać wcześniej, ćwiczyć dyscyplinę, ale światło i tak nie przyjdzie na moje zawołanie. W tej postawie pojawia się napięcie, które odbiera radość. Duchowość staje się zadaniem do wykonania, a nie spotkaniem, które rodzi się w relacji.

Na drugim biegunie leży kwietyzm – ciche przekonanie, że nic ode mnie nie zależy. Że trzeba po prostu czekać, aż łaska sama wszystko naprawi. To jak siedzenie w ciemnym pokoju z nadzieją, że promienie słońca same znajdą drogę przez zasłonięte okna. W tej pozornej ufności kryje się rezygnacja, która stopniowo gasi życie wewnętrzne.

Obie postawy – pelagiańska i kwietycka – wyrastają z tej samej ludzkiej potrzeby: pragnienia pewności. Jedna szuka jej w działaniu, druga w bierności. Obie gubią jednak to, co najistotniejsze – dynamikę relacji. Duchowe życie nie jest ani projektem do zrealizowania, ani snem, który sam się spełni. Jest dialogiem. Ruchem pomiędzy łaską a odpowiedzią, pomiędzy zaufaniem a zaangażowaniem.

Kiedy ta równowaga zostaje zachwiana, asceza przestaje być przestrzenią życia. Staje się albo napięciem, albo bezruchem. A przecież jej sens nie leży w doskonałości, lecz w żywym rytmie serca – w zdolności, by współbrzmieć z tym, co większe od nas, nie próbując tego ani wymusić, ani zatrzymać.

Z tej samej potrzeby kontroli lub bezpieczeństwa rodzą się dziś subtelniejsze formy dawnych błędów: idealizm i formalizm, ale o nich napiszę w kolejnych postach...

piątek, 22 sierpnia 2025

Ciało w służbie przemiany

Coraz częściej trafiam na hasła z obszaru szeroko pojętego rozwoju osobistego. Jedne wydają mi się powierzchowne, inne naiwne. Ale są też takie, które – mimo języka zupełnie innego niż ten, którym zwykle się posługuję – poruszają coś znajomego.

Od jakiegoś czasu próbuję patrzeć na ten nurt nie z dystansu, ale z ciekawością. Zamiast pytać: „czy to moje?”, pytam raczej: „co z tego rezonuje z moim doświadczeniem?”. I ku własnemu zaskoczeniu znajduję w tych treściach wiele wspólnego z ascezą organiczną.

Ostatnio moją uwagę zatrzymało jedno zdanie: „Zachowuj się, jakbyś już był”. Nie potraktowałam go jako psychologicznej sztuczki ani magicznej afirmacji. Usłyszałam w nim coś głębszego – echo prawdy, że czasem ciało może wyprzedzać duszę. Że gest może poprzedzać przekonanie. I że niekiedy to właśnie zewnętrzny ruch staje się pierwszym krokiem ku wewnętrznej przemianie. 

Psychologia od dawna pokazuje, że sposób, w jaki się zachowujemy, może wpływać na to, co czujemy i jak o sobie myślimy. Czasem to nie myśl wyprzedza czyn, ale właśnie czyn budzi myśl.

Kiedy zaczynam się zachowywać jak ktoś pewny siebie – choć wcale się tak nie czuję – mój umysł po chwili zaczyna to „kupować”. Gdy przyjmuję otwartą postawę ciała, prostuję się, uśmiecham – nawet sztucznie – w moim wnętrzu dzieje się coś małego, ale znaczącego. Ciało daje sygnał: „jest bezpiecznie, mogę się rozluźnić”.

Z czasem, gdy ćwiczę pewne zachowania, mój mózg zaczyna tworzyć nowe ścieżki – jakby uczył się nowego sposobu bycia. To dlatego nawet drobne zmiany mogą zadziałać jak zaproszenie do głębszej przemiany. W duchowym kluczu to nic innego jak gest wiary. Jeszcze nie jestem pełen pokoju – ale już porządkuję przestrzeń. Jeszcze nie mam odwagi – ale siadam do stołu, by zacząć rozmowę. Jeszcze nie ufam – ale już się modlę.

Ciało nie oszukuje. Ciało zaprasza.

W ascezie organicznej nie chodzi o przymus, lecz o rytm. O świadome, spokojne dostosowanie zewnętrznego życia do wewnętrznego pragnienia. O zgodę na to, że przemiana zaczyna się niekiedy od zewnętrznego znaku: od podjętej postawy, od powtarzanego gestu, od ułożenia dnia, który jeszcze nie płynie z serca, ale już je budzi.

Czasem na początku to tylko „udawanie”. Ale jeśli wiąże się z autentycznym wewnętrznym pragnieniem, to nie jest oszustwem – to akt zaufania. To podprowadzenie duszy w stronę światła, które jeszcze nie grzeje, ale już się tli.

Dlatego zamiast czekać, aż nadejdzie idealny stan ducha, możemy pozwolić sobie na ten paradoks: zachowywać się jak ktoś, kto już żyje w pokoju. W obecności. W wierności.

Asceza organiczna zna wartość małych kroków. Uczy, że nie wszystko trzeba „czuć”, by zacząć. Czasem wystarczy wstać, zaparzyć herbatę, zapalić świecę. To są nasze „pozycje mocy” – nie dla świata, ale dla duszy. Bo może dopiero za tym pierwszym krokiem przyjdzie chęć. Za chęcią – modlitwa. Za modlitwą – pokój.

I tak ciało, w swojej zwyczajności, staje się cichym przewodnikiem duszy.

wtorek, 3 czerwca 2025

Asceza organiczna - powrót

Jakiś czas temu zostałam poproszona o napisanie cyklu artykułów na temat środków ascetycznych dla kwartalnika "Dzwon wierności". Temat nie jest mi obcy – pojawiał się już kiedyś na blogu i towarzyszył mi długo w duchowej i osobistej drodze. Jednak dziś widzę go inaczej. Nie jako zbiór zasad do wdrożenia, nie jako wysiłek woli wpisany w harmonogram dnia. Raczej jako coś, co wyrasta z życia – z jego ran, paradoksów i niezrealizowanych scenariuszy.

Dawniej podchodziłam do ascezy jak do narzędzia – precyzyjnego, logicznego, trochę idealistycznego. Dziś próbuję ją zobaczyć bardziej organicznie: nie jako konstrukcję narzuconą z zewnątrz, ale jako coś, co może wzrastać razem z człowiekiem, jeśli tylko da mu się przestrzeń. Szukam punktów styku między duchowością a psychologią, między ciałem a duszą, między codziennością a tym, co ją przerasta.

Z czasem będą się tu pojawiać treści, które wracają do ascezy – nie w jej podręcznikowym wydaniu, ale jako ścieżki dojrzewania przez codzienność, psychologię, duchową praktykę. Takiej, która nie trzyma się sztywno wcześniejszych ram, a jednak – albo właśnie dlatego – prowadzi głębiej.



piątek, 24 stycznia 2020

Napięcie to suma potencjałów

Od września studiuję fizykę, zapewne dlatego skojarzyło mi się na tytuł tego wpisu "porozmawiamy o napięciu". Napięcie jako wielkość fizyczna do suma przyłożonych potencjałów. Szczerze mówiąc, wciąż najmniej ekscytującym działem jest dla mnie prąd elektryczny, ale akurat to porównanie mi się podoba.

Każdy z nas nosi w sobie potencjał. Jedną z wielu składowych tego potencjału jest temperament (o temperamentach rozpisywałam się na blogu już 4 lata temu). Spotkania dwóch potencjałów rodzą zawsze napięcia - nie myślę tu nawet o negatywach. Po prostu tak jest. Gdzie spotykają się ludzie, tam powstają przeróżne emocje (od tych miłych sympatycznych do tych frustrujących i wybuchowych). I tak sobie myślę, po raz kolejny, że świadomość swojego potencjału, a w nim świadomość swoich mocnych i słabych stron połączona ze świadomością, że każdy jest inny (i ma do tego prawo, bo taki został stworzony) jest błogosławieństwem w kontakcie z innymi ludźmi. Gdy zrozumiem siebie, zrozumiem lepiej również innych, a nasze spotkania będą miały napięcia na odpowiednim i akceptowalnym dla obu stron poziomie.

Ostatnio bardzo lubię kanał "Nieprzeciętne życie". Znajduję tam wiele pomocy dla młodzieży do szkoły i nie tylko. Aktualnie przygotowuję spotkanie na temat temperamentów dla grupy rodzin. Podrzucam Wam filmik, który znalazłam. Autor w przyjemny i przystępny sposób przedstawił różnice między temperamentami. Nie zgadzam się tylko ze stwierdzeniem, że człowiek może być mieszaniną tylko dwóch temperamentów. Myślę, że może być mieszanką wszystkich czterech. Można przyjąć, że autorowi chodziło o to, że najsilniejsze cechy będę dostrzegalne tylko w dwóch i to nie w tych przeciwstawnych... Zresztą zobaczcie sami... Nauka o czterech temperamentach jest wiekowa i niedoskonała, chociaż nadal uważam, że wystarczająca na potrzeby rozeznania siebie. 


Przy okazji podrzucam film o różnych rodzajach inteligencji (z jakiegoś powodu autor pominął 8 typ inteligencji - mianowicie inteligencję przyrodniczą). Jest to temat dla mnie ostatnio popularny ze względu na profesję nauczyciela. Poznać wszystkie typy inteligencji to lepiej zrozumieć uczniów, którzy są w szkole i lepiej wykorzystać ich potencjały. Przy okazji zachęcam, żeby sobie samemu sprawdzić dominujący typ. Zrobiłam sobie test w zeszłym roku i zdziwiłam się wynikiem. Byłam przekonana, że najwięcej wyjdzie mi przy logiczno-matematycznej, a tu niespodzianka - dwie najsilniejsze to interpersonalna i intrapersonalna... Jak się nad tym głębiej zastanowiłam, to ma to sens...

niedziela, 12 maja 2019

Weekend kobiet

Patrzę na te zdjęcia co dzień i się zastanawiam co napisać... To był wyjątkowy czas. Miejsce było wyjątkowe, ludzie byli wyjątkowi, atmosfera była wyjątkowa... Jak wskazuje napis na pierwszej fotografii był to Weekend Kobiet organizowany przez Ludzi Pełnych Życia. Druga fotografia wskazuje miejsce - Sanktuarium Matki Bożej Trzykroć Przedziwnej w Otwocku koło Warszawy. Jedno w połączeniu z drugiem dało bardzo pozytywny zastrzyk babskiej energii. 


Zawsze miałam więcej kolegów. To z nimi rozmawiało mi się łatwiej. Pewnie dlatego, że jestem siostrą trójki braci. Teraz jednak, jako żona i mama, mam więcej koleżanek i bardzo to sobie cenię. Z zazdrością czytam historie starotestamentalne, gdy kobiety żyły razem w małych wspólnotach, wspierając się w wychowywaniu dzieci i codziennym życiu. Kto Cię zrozumie lepiej niż inna matka czy żona?... Dlatego zdecydowałam się pojechać na to spotkanie. Zabrałam kilka koleżanek... Weekend przerósł moje oczekiwania. Właściwie nie miałam oczekiwań - chciałam spędzić czas w miejscu, które kocham i z miłymi ludźmi. W pakiecie dostałam ogromną dawkę pozytywnej energii - stawy szczękowe bolały mnie od ciągłego uśmiechu i śmiechu. Otrzymałam też impulsy do przemyśleń i zachętę do "ciekawych" ćwiczeń... Specjalnie nie zdradzam szczegółów... Trzeba pojechać, doświadczyć... Tylko kobiety potrafią płynnie przechodzić z tematu na wskroś przeszywającego serce bólem, do żartów na temat swoich niedoskonałości. Były momenty, że otwierałam szeroko oczy ze zdumienia... 

Spotkanie to otworzyło we mnie również potrzebę wrócenia do tematu ideału kobiety. To od zbioru myśli o. Kentenicha "Ideał kobiety Stereotyp czy pociągający wzorzec?" zaczęłam moje rozmyślania nad sobą kilka dobrych lat temu... Przejrzałam moje stare zapiski. Szok! Ile tam treści i głębi... zaskakuję samą siebie... Co jest dowodem na to, że warto spisywać swoje przemyślenia. Za dekadę posłużą one do nowych starych odkryć.

niedziela, 5 czerwca 2016

Piąty stopień ideału

“Droga do celu to nie połowa przyjemności, 
to cała przyjemność”
św. Jan Paweł II



Ostatni stopień formalny opisany w Ascezie Organicznej stwarza najwięcej kłopotu, co nie znaczy, że sobie z nim nie poradzimy...

Żeby ideał osobisty ziścił się w człowieku, powinien stać się motorem nie tylko świadomych działań (o których była mowa przy trzecim i czwartym stopniu formalnym), ale również naszych spontanicznych i podświadomych reakcji i decyzji. Wtedy cały człowiek stanie się złączony z Bogiem, na którego wzór został ukształtowany.

Gdzie zatem tkwi problem?

Większość działań człowieka należy do tych nie do końca nieprzemyślanych. Często działamy instynktownie, impulsywnie, a większość podświadomych i spontanicznych decyzji podejmujemy pod wpływem wyuczonych schematów czy naturalnego ludzkiego odczuwania. Nasze dzieciństwo, przeżycia, doświadczenie życia kształtują naszą podświadomość. Zakodowało się w nas wiele mechanizmów obronnych. Kierują nami różne rzeczy. Mną np. często kierują lęki... ograniczając skutecznie moje możliwości.

Chcemy wprowadzić ideał osobisty do podświadomości. Na pierwszy rzut oka wydaje się to niemożliwe. Można sobie zadać pytanie czy w ogóle realne jest osiągnięcie pełni ideału osobistego. Ojciec Kentenich odpowiada na nie w ten sposób:

“Czy ideał osobisty jest osiągalny? W pewnym stopniu jest osiągalny, gdyż zasadniczy pociąg duszy jest ideałem. Jeżeli odkrywam zasadniczy pociąg mojej duszy, już realizuję cząstkę mojego ideału. Ciągłe staranie, by go odkrywać i pielęgnować - to praca nad życiem w duchu ideału osobistego. Jednocześnie ciągle wchodzimy głębiej na drogę urzeczywistniania go. W ten sposób moje duchowe nastawienie zostaje ubogacone i bardziej zdajemy sobie sprawę z tego, co wypełnia nasze wnętrze. W rezultacie wchodzimy na drogę wielostronnego rozwoju naszego ideału osobistego oraz życia w duchu wartości, które zawiera.”

Jak widzicie, nie chodzi tak naprawdę  o cel. Oczywiście - cel musi być wielki, inaczej byśmy przystanęli w połowie drogi. Jednak to właśnie droga jest dla nas ważniejsza od celu. To w trakcie podróży przez życie nieustannie wzrastamy do świętości. 

Poza tym, utrwalający się ideał w naszej świadomości, z każdym dniem przenika do podświadomości. Nagle zauważamy, że nie musimy już się skupiać by coś zrobić zgodnie z naszym ideałem, ale po prostu to robimy instynktownie. To dowód no to, że to jest to...

wtorek, 31 maja 2016

Czwarty stopień formalny

Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali.
św. Jan Paweł II


Na dwóch pierwszych stopniach utrwalaliśmy ideał w naszej głowie i reflektowaliśmy nad sobą za jego pomocą. Wchodząc na trzeci stopień rozpoczęliśmy działać zgodnie z ideałem. Na tym nie koniec. Wdrapując się wyżej (lub wchodząc głębiej) ideał osobisty przynagla nas do nowych działań, w których będzie mógł się jeszcze bardziej uwidocznić.

Ideał stał się już dla nas siłą motywującą. Zakorzenił się w nas na tyle, że bez trudu przez jego pryzmat dokonujemy wyborów. 

W następnym kroku zaczyna nas przynaglać do działań, których wcześniej byśmy nie podejmowali. Staje się on najważniejszym i jedynym motorem naszej aktywności. Nasza świadomość została zdominowana przez ideał. Dostrzegamy coraz więcej możliwości do działania – nie chodzi tu jedynie o aktywność zewnętrzną. W zależności od ideału, każdy rozwija się w swoim obszarze świadomych dążeń. Jeden odkrywa, że może głosić Ewangelię na ulicy, a inny, że wygospodarowanie kilku godzin na modlitwę za innych to już nie problem… 

Wdrożenie tego stopnia wymaga od nas odwagi wyjścia ze swojej strefy bezpieczeństwa. Możliwości nowego wykorzystania swojego potencjału często znajdują się poza naszą codzienną, znaną na wskroś rzeczywistością. Czasem będzie tak, że entuzjazm zrobienia czegoś będzie nas popychał do nowych zadań, a czasem z lękiem złamiemy stare przyzwyczajenia i zrobimy coś nowego, coś czego Bóg od dawna od nas oczekuje.

Jednym słowem chodzi o to, żeby nie przestać się rozwijać. Zawsze się uczyć. Wciąż próbować coś nowego... Zgodnie z sobą i Bożym planem. Zawsze musimy  od siebie wymagać czegoś więcej...

czwartek, 19 maja 2016

Trzeci stopień formalny


"Człowiek nie jest tylko sprawcą swoich czynów, 
ale przez te czyny jest zarazem w jakiś sposób 'twórcą siebie samego'."
św. Jan Paweł II



Ponad rok minął od czasu, gdy wspomniałam po raz pierwszy o stopniach formalnych ideału osobistego. Pamiętacie? Jest ich pięć. O pierwszym pisałam --> TUTAJ, o drugim --> TUTAJ...

Pod koniec maja, podczas corocznego spotkania trójmiejskich rodzin, należących do Związku Rodzin, mam powiedzieć kilka słów o stopniach formalnych. Jest to tylko część programu, który w całości poświęcony jest ideałowi osobistemu oraz postanowieniu szczegółowemu. Przygotowując się do wystąpienia, musiałam w końcu usiąść i opisać pozostałe trzy stopnie formalne. Bardzo mnie to cieszy, bo przy okazji mogę się podzielić tym również z Tobą.

Dziś trzeci stopień. Określony został przez o. Kentenicha jako rozstrzyganie wątpliwości za pomocą ideału osobistego. Łatwo i niełatwo to sobie wyobrazić. Trzeba porozmyślać. Często spotykamy w życiu takie sytuacje, że nie wiemy po której stronie stanąć, co wybrać, kogo słuchać… etc…

Ideał jest moim drogowskazem. On może pomóc mi dokonać każdego wyboru. I nie mam na myśli jedynie wyborów ciężkiej wagi moralnej… W tych raczej kieruję się uniwersalną nauką Kościoła. Pozostaje cała rzesza małych spraw, w których nie podpowie mi ani katechizm, ani papież... Wtedy słucham swojego serca, swojego ideału.

To czy zabiorę głos w dyskusji, dziś, tu i teraz, czy upomnę brata czy go przyjmę takim jaki jest, czy wybiorę marsz w obronie życia czy cichą Adorację Najświętszego Sakramentu, jak spędzę popołudnie - z rodziną czy z przyjacielem w potrzebie. Na pierwszy rzut oka wszystko jest równie ważne i równie cenne i dobre. Jednak, gdyby się dobrze zastanowić... nie jesteśmy w stanie zrobić wszystkiego, a to znaczy, że trzeba wybierać. Czym się kierować w wyborze między dobrym i dobrym? Ideał osobisty jako kryterium wyboru wydaje mi się genialnym rozwiązaniem. Widzę tu dwie korzyści: (1) rozwiązanie wątpliwości oraz (2) ideał będzie coraz bardziej przenikał moje życie.

Chciałabym sypnąć jakimś błyskotliwym przykładem prosto z życia, ale nie mam takiego... Moje przykłady nie są dość czytelne - też dopiero nad tym pracuję. Póki co ideał jest dla mnie kartą przetargową w sytuacji, gdy ktoś mnie o coś prosi. Asertywność pozwala mi odmawiać udziału w różnych przedsięwzięciach, ale tak naprawdę to ideał decyduje.

Myślę, że każdy kto ma ideał i ma jego świadomość przeżył takie sytuacje w życiu, w których ideał zadecydował. Jeśli masz dobry przykład na realizację trzeciego stopnia ideału osobistego, to proszę napisz do mnie: aniabartczak@gmail.com . Może dzięki Tobie, łatwiej będzie mi wytłumaczyć słuchaczom i czytelnikom o co chodzi...

środa, 6 stycznia 2016

Świadomość temperamentu

Dzisiejsza rozmowa z przyjaciółką natchnęła mnie do napisania jeszcze paru słów o temperamentach. Pamiętacie - choleryk, sangwinik, melancholik i flegmatyk... Wielokrotnie wspominałam temperamenty przy różnych okazjach... Dziś chciałabym podejść do nich z innej strony.

Do tej pory pisałam o temperamentach, jako takich, które po prostu są. Dzięki określeniu temperamentu (mieszanki temperamentów) wiemy dlaczego reagujemy tak, a nie inaczej, dlaczego lubimy to a denerwuje nas tamto. Zastanawiam się, ile razy zrzuciliśmy winę za to czy owo, właśnie na temperament. "Ja jest wybuchowa, bo tak już mam, jestem cholerykiem", "nigdy nie zapomnę, jestem melancholikiem", "ja to flegmatyk, e tam..." czy "szybko, szybko, nie ma czasu, teraz i już, bo mój sangwinik ma słomiany zapał"... Jeśli chowamy się za podobnymi wymówkami, to prawdopodobnie nasza świadomość temperamentu jeszcze jest bardzo słaba. O co chodzi...?

Rozpatrzmy kilka słabszych cech, bo to z nimi mamy większy problem.

Jeśli np. masz słomiany zapał sangwinika i wiesz o tym. Możesz powiedzieć "nic mi nie wychodzi, bo mam słomiany zapał", ale możesz też uświadomić sobie "hmm... mój sangwinik ma słomiany zapał, ale to nie znaczy, że ja muszę taki być". Nie wyszło Ci za pierwszym razem, to spróbujesz jeszcze raz, tak jakby na przekór sangwinikowi. Masz problem z zapisywaniem notatek, będziesz właśnie zapisywał świadomie i powoli, bo wiesz, że jakaś część Ciebie zrobi wszystko, byś się poddał...

Jeśli np. nic Ci się nie chce, albo ciągle robisz na skróty możesz powiedzieć "my flegmatycy to już tak mamy", ale możesz też świadomie i z premedytacją się zaktywizować, właśnie dlatego, że nie jesteś aktywny...

Nie wiem czy rozumiesz o co mi chodzi... Wygląda trochę jak walka z wiatrakami, no bo przecież "ja tak mam!". Nie! Nie masz. Za to masz w środku coś co Ci "każe" takim być... a to różnica.

Wszystko można przepracować. Pamiętliwość melancholika również. Po co ciągle powtarzać " ja nigdy tego Ci nie zapomnę, bo już taka jestem". Można przecież zanim słowa wydostaną się z ust, uświadomić sobie, że to melancholik we mnie nie chce bym zapomniała, ale ja się powstrzymam od komentarza - i wierz mi, gdy przestaniesz to mówić głośno, coraz rzadziej będziesz to sobie przypominać, to może całkiem nie zapomnisz, ale w końcu już nie będzie to takie ważne. To melancholik każe Ci o tym pamiętać. Tak samo z perfekcjonizmem. Dobrze wykorzystany perfekcjonizm jest super, ale niestety "my melancholicy" przesadzamy i wszystko musi być po naszemu i po takiemu idealnemu. Okazuje się, że jak jest w połowie idealnie to i tak cała reszta jest zachwycona. Melancholik zabiera nam 50% luzu, czasu i dokłada stresu. A wystarczy o tym pomyśleć i spróbować mu się przeciwstawić- nie zrobić na odczepnego, ale trochę pozwolić innym coś zrobić po ichniemu... A potem obserwować efekty... Uświadomiony perfekcjonizm jest czymś fantastycznym. Wymaga trochę pracy i przełamania się, ale warto eksperymentować.

Na choleryka też są sposoby. Przepracowałam osobiście. Zawsze mam rację, przepraszam... mój choleryk zawsze wie najlepiej. I właśnie dlatego zanim powiem ostatnie słowo, uświadamiam sobie to, że to subiektywna opinia mojego choleryka i zagryzam zęby, pozwalając się wypowiedzieć innym.

Świadomy choleryk będzie mądrym przywódcą, a nie bezmyślnym dyktatorem.
Świadomy melancholik będzie głęboki, a nie skryty, dokładny, ale nie obsesyjny czy maniakalny.
Świadomy flegmatyk będzie umiał zachować dystans, ale nie będzie leniem.
Świadomy sangwinik będzie zarażał radością i entuzjazmem, a nie ulegał huśtawkom nastrojów.

... każdy mógłby dopisać swoją listę cech i rozwinąć ją analogicznie... polecam. Bycie świadomym naprawdę pomaga, nie tylko w relacjach z ludźmi, ale przede wszystkim w stosunku do siebie.

niedziela, 11 października 2015

Kierownictwo duchowe

Kierownictwo duchowe jest starą, znaną w chrześcijaństwie praktyką. Według ks. Kentenicha jest ono wskazane szczególnie młodzieży, osobom zranionym duchowo oraz tym którzy pragną dążyć do doskonałości. Potrzeba ta wynika z niedoskonałości człowieka, który nie jest zdolny do samopoznania bez pomocy innych. Poza tym trzeba tez zwrócić uwagę, że człowiek nie zawsze jest w stanie obiektywnie patrzeć na swoje życie i uczynki, przez co, albo popada w bezkrytycyzm względem siebie, albo jest rozczarowany sobą. Oba spojrzenia prowadzą do złudzeń wobec siebie.

Kierownictwo nie jest równoznaczne ze spowiedzią, jednak można je połączyć i na ogół w polskiej rzeczywistości się łączy. W wielu wypadkach byłby ono nawet niemożliwe poza sakramentem. Spowiedź zajmuje się wyłącznie grzechami, natomiast kierownictwo duchowe obejmuje całego człowieka. W Ruchu Szensztackim jego istotą jest wspieranie samowychowania przy pomocy ideału osobistego. Człowiek korzystający z pomocy kierownika duchowego, w jakimś stopniu przezwycięża swoje grzechy, a jego dążenie do świętości wchodzi w obszar doskonalenia się w cnotach. Coraz głębsze życie duchowe coraz bardziej uwrażliwia sumienie, w którym „prócz poczucia winy z punktu widzenia teologii moralnej, budzi się dogłębne ascetyczne poczucie winy”*. Spowiedź pociąga wtedy nie tylko odpuszczenie grzechów, ale sprawia, że człowiek przeobraża się w ideał – Boży zamysł względem siebie.

Pierwszym kierownikiem duszy człowieka jest Duch Święty. Kapłan, bądź inna osoba będąca kierownikiem duchownym, musi z wielką wrażliwością wsłuchiwać się w powierzoną mu przez Boga duszę. Kierownik duchowy ma pomóc danemu człowiekowi w dążeniu do samodzielności i budowaniu silnej, wolnej osobowości. W tym celu musi umieć powiedzieć o sobie: „w duszy tej Bóg ma wzrastać, a ja się umniejszać”.

Na koniec moja mała refleksja dotycząca kierownictwa duchowego. Oczywiście uważam, że jest to super sprawa! Bez mojego kierownika duchowego nie było by dziś tych wszystkich przemyśleń i wersów na blogu... Każdemu polecam i życzę spotkania takiej osoby na drodze, przynajmniej na początku pracy nad sobą. Jest tylko jeden mały problem... Trzeba się natrudzić, żeby dobrego kierownika duchowego znaleźć, a potem znajdować czas na rozmowy z nim... Naprawdę trzeba się wysilić. Niestety jest mało osób które potrafią prowadzić ludzi w naszej duchowości. Siostry i ojcowie są rozproszeni i mają dużo różnych zadań. Trzeba się "bić" o nich - i do tego zachęcam.
Jeśli rzeczywiście nie ma możliwości rozmowy z ojcami lub siostrami, to można rozejrzeć się po świeckich kręgach. Są wśród nas ludzie, którzy przepracowali już to i owo, a do tego są otwarci i na pewno chętnie podzielą się swoimi doświadczeniami czy pomysłami. Są tacy, którzy potrafią słuchać i wsłuchać się w człowieka... Może nie będzie to stricte kierownictwo duchowe, ale warto korzystać z takich okazji. Możemy być dla siebie wsparciem w tej materii, możemy sobie duchowo towarzyszyć. Oczywiście nie z każdym się da pogadać, ale nie ma co się zrażać... Szkoda było by przy okazji szukania wymarzonego kierownika duchowego stracić okazję na wartościowe rozmowy z ludźmi, których Bóg stawia nam przed nosem...

---------------
* cytaty z "Ascezy Organicznej"

wtorek, 6 października 2015

Ideał osobisty a samowychowanie

Kilka osób z grupy, dla której przygotowałam krótką konferencję na temat środków ascetycznych, było zaskoczonych, że samowychowanie (w ujęciu szensztackim) ma być pracą nad rozwijaniem ideału osobistego. Stąd ten wpis... dla tych, którzy mają problem z wyznaczeniem kierunków w swojej pracy samowychowawczej.

Gdy ksiądz Kentenich formułował zasady ascezy organicznej podkreślił, że praca nad rozwijaniem ideału osobistego jest ważniejsza niż praca nad temperamentem. Zgadzam się z tym w 100%. Bo na przykład: Ktoś kto ma problem z cierpliwością, a w jego ideale ta cierpliwość nie jest wyakcentowana czy wymagana, nie powinien za wszelką cenę skupiać się na tym, żeby być bardziej cierpliwym... Pan Bóg potrzebuje zapewne jego porywczości bądź dynamiki...
Ja już nie fiksuję się na postanowieniach związanych z rozsiewaniem radości dookoła, chociaż wiem, że radość jest potrzebna. Przepraszam, ale Pan Bóg stworzył mnie poważną... Uśmiecham się czasem, ale ... bez przesady...

Wracając do samowychowania. Jeśli dobrze siebie poznam, nie zatrzymam się na dążeniu do ogólnych wartości (pisałam o tym TUTAJ). Szerzej spojrzę na siebie i szybko dostrzegę, że Pan Bóg chce ode mnie konkretnych rzeczy, niekoniecznie tych, które myślałam, że muszę zmienić. Na tych rzeczach się skupię. Wtedy też przestanę mieć problem z sformułowaniem moich postanowień czy punktów do duchowego porządku dnia.

Ideał osobisty ma przepoić nas całkowicie. Ojciec Kentenich w 1935 roku powiedział:
„Nasz duchowy porządek dnia musi być oświecony przez ideał osobisty, stać w świetle mojego ideału osobistego. Stać ma w świetle ideału wspólnoty, do której należę. W świetle reguł i ćwiczeń mojej wspólnoty. W świetle obecnych czasów. Obecne czasy uformowały już mój ideał osobisty, ale ponieważ nie jest to takie widoczne [że mój ideał osobisty jest odpowiedzią na obecne czasy], chcę to szczególnie podkreślić.”

Ideał będzie żywy kiedy będę go ciągle na nowo odnawiać – asceza organiczna określa to jako pierwszy stopień formalny ideału osobistego. Codziennie kilka razy przypomnę sobie mój ideał osobisty. Przy okazji moich codziennych praktyk - przy modlitwie porannej, wieczornej, różańcu, po przyjęciu Komunii Świętej. Przypomnę go sobie z wdzięcznością, radością i zadziwieniem, jak Pan Bóg mnie ukochał.

piątek, 2 października 2015

DPD a PE

Wiele osób ma problem z rozróżnieniem i oddzieleniem DPD (duchowy porządek dnia) od PE (Particular Examen czyli postanowienie szczegółowe). Chociaż oba narzędzia mają służyć wzrostowi człowieka, mają różne zadania.

Postanowienie szczegółowe jest konkretną pracą nad sobą. Jeśli chcę coś wypracować, zmienić w sobie czy po prostu zbliżać się do ideału osobistego, to właśnie za pomocą PE. Jedna rzecz na miesiąc - organiczny wzrost...

Duchowy porządek dnia nie służy stricte do pracy nad sobą. W odróżnieniu od PE ma:
- porządkować życie, według swoich własnych, wypracowanych zasad;
- wprowadzać Bożą harmonię w człowieku - zabezpieczać wszystkie sfery człowieka (relację z Bogiem, relacje z ludźmi oraz miłość własną...);
- rozwijać życie religijne;
- służyć samopoznaniu i samoakceptacji;
- pomagać zapracowanemu człowiekowi w tworzeniu swojego stylu życia;
- kształtować rodzinę, świat, społeczeństwo...

Jest jeszcze jedna sprawa... O ile w DPD plusy i minusy mają znaczenie drugorzędne (zaraz o tym napiszę), to wypełnienie postanowienia szczegółowego w ciągu dnia jest priorytetowe. Ojciec Kentenich wręcz zachęcał, aby za niewypełnione postanowienie nakładać sobie pokuty. Jeśli chcemy się zmieniać na lepsze, musimy do tego naprawdę poważnie podejść. Fakt, że z postanowienia rozliczam się podczas spowiedzi, świadczy o wadze tego narzędzia w moim życiu duchowym.

Co innego DPD. W moim odczuciu (podkreślam "w moim") celem DPD nie jest wypełnienie tabelki plusikami, ale obiektywne spojrzenie na siebie - i na plusy i na minusy. To spojrzenie pomaga mi rozeznać co jest moje, co się ze mną dzieje, nad czym warto pracować.

Na początku pracy z DPD zależało mi żeby były plusy i tylko plusy, więc spinałam się, aby wszystko rzetelnie w ciągu dnia wypełnić. Do tego stopnia, że jak miałam punkt: "czytanie Pisma Świętego", to po powrocie z jakiegoś wyjścia o godzinie pierwszej w nocy, siadałam i czytałam, żeby zaznaczyć plus... Udało mi się może przez dwa tygodnie... Potem zaczęły się minusy i rozczarowanie... Obserwując to zjawisko, zauważyłam, że coś tu nie gra... Jakiś czas mi zajęło psychologiczne zaakceptowanie minusów. W dalszych analizach ostatecznie uznałam, że nie chodzi o same plusy. Myślę, że z rok trwało, żeby zobaczyć na podstawie zapisanych tabelek, co mnie buduje, co nie. Do dziś kształtuje się mój styl życia, zmieniają się warunki, okoliczności, rok liturgiczny... Mój DPD nie jest stały, ale są w nim stałe punkty, które są kluczowe dla mojej osobowości.

Kiedy już zaczniesz zapisywać swoje tabelki, pamiętaj o tym, by zachować dystans... Minus nie znaczy, że Ci nie wyszło, tylko, że tego dnia nie coś nie zaistniało. Dlaczego nie zaistniało? - to już inne pytanie.

Ostatni przykład na dziś: Nie pracuję zawodowo, opiekuję się córką, a co za tym idzie siedzę w domu. Jeden z moich punktów w DPD to "wyjście z domu" (potrzebuję oddechu i dystansu...). Zauważyłam, że gdy przy tym punkcie minusy utrzymują się dłużej niż 3-4 dni, zaczynają się pojawiać również w innych rubrykach, np. w tej która zabezpiecza moje relacje z mężem. Niestety, gdy nie łapię dystansu, tracę cierpliwość... itd... Piszę to jako przykład analizy swoich punkcików, a także aby pokazać, że to narzędzie ma wiele zastosowań...

------

Może Ci się wydać to wszystko trochę chaotyczne... Pewnie tak jest, bo trudno mi ubrać wszystkie treści metodycznie czy systemowo w całość. Sama jestem w drodze i każdego dnia dostrzegam nowe rzeczy... co mnie niezmiernie cieszy. Mam nadzieję, że z kolejnymi wpisami, znajdziesz dopowiedzenia czy wskazówki, których wciąż brakuje. Jeśli nie, to pamiętaj, że masz być samodzielny i odważny!

środa, 30 września 2015

Łaska buduje na naturze

Wszystkie nasze zmagania w drodze do świętości byłyby skazane na porażkę, gdyby nie Boża łaska - dana nam za darmo, z miłości... To dzięki niej mamy siłę ruszać z miejsca, powstawać z niepowodzeń, dążyć do doskonałości. To ona doskonali naszą naturę. Jak mówił św. Tomasz z Akwinu "łaska buduje na naturze". Ks. Kentenich bardzo często odnosił się do tych słów w kontekście samowychowania. Co to w ogóle oznacza? 

Czasem tak jest, że tak strasznie chcemy być święci, że zapominamy, że jesteśmy tylko ludźmi. Gdy moje ciało albo psychika niedomagają - jestem zmęczony, głodny, sfrustrowany czy przytłoczony codziennością, nie mam zaspokojonych potrzeb pierwszego rzędu - łaska ma do mnie ograniczony dostęp. Sam się na nią niejako zamykam. Niestety... A my nadal chcemy, żeby wszystko było takie święte, więc modlimy się więcej, dłużej, wyrzekamy się siebie (w negatywnym ujęciu) jeszcze bardziej... Co tak naprawdę prowadzi nas do jeszcze większego zdołowania... Bo natura niedomaga. Tu potrzeba pewnej dozy zdrowego rozsądku, refleksji, co dla mnie teraz jest ważniejsze? Czy ta trzecia część różańca, czy sen?

Przykład z mojego podwórka: piątek w czasie Wielkiego Postu, jedyny dzień w miesiącu, że może przyjść pani pielęgniarka i zostać z naszą niepełnosprawną córką. Pojawia się dylemat, co robimy? Pęd do nadprzyrodzoności mówi: Droga Krzyżowa. Natura podpowiada: czas ze sobą. Wybraliśmy siebie, bez poczucia winy. Wiemy, że najpiękniejsza modlitwa nie zabezpieczy naszych więzi. 

Łaska buduje na naturze... Dlatego musimy się w tą naturę wsłuchiwać. Dlatego w naszym DPD powinny znaleźć się punkty zabezpieczające potrzeby naszej natury. Ks. Kentenich wyraził to m.in. w ten sposób:

„To nie muszą być tylko ćwiczenia religijne. Przykład: Pracuję dniem i nocą, a moje zdrowie?! Wówczas do DPD ma trafić punkt o trosce o zdrowie. To więc powinno być zapisywane (w DPD), co wymaga ode mnie agere a proposito (czego nie czynię jeszcze po prostu z samej natury, naturalnie...)”.

DPD

To nie będzie wpis o kurierze DPD... U nas DPD to Duchowy Porządek Dnia...

Idea duchowego porządku dnia została zaczerpnięta z duchowości jezuickiej inspirowanej przez Kongregację Mariańską. Duchowy porządek dnia pełni funkcję psychologiczno-pedagogiczną na drodze do świętości. Zawiera on samodzielnie wybrane punkty i ćwiczenia. W celu ochrony przed zmiennością nastrojów oraz przed zapomnieniem punkty te są kontrolowane w formie pisemnej. Prowadzenie duchowego porządku dnia służy kontynuacji i rozwojowi życia religijnego. Punkty duchowego porządku dnia wybiera się z dziedzin, które obejmują całość życia duchowego: stosunku do Boga, relacje z bliźnimi, stosunku do pracy, świata oraz do siebie i adekwatna troska o zdrowie i odpoczynek. Praktyka duchowego porządku dnia zakłada samopoznanie, samoakceptację oraz gotowość do zmiany siebie. W konkretnej praktyce dążenie do „porządku” gwarantuje zdrowy rozwój własnej aktywności, życia wiary oraz miłości Boga i bliźniego. Duchowy porządek dnia ma na celu pomagać ludziom zajętym sprawami codzienności, zarówno świeckim jak i konsekrowanym, w wypracowaniu swojego własnego stylu życia. Z jego pomocą maja dojrzewać do chrześcijańskiej samodzielności, współodpowiedzialności oraz w duchu świętości kształtować rodzinę, świat i społeczeństwo.

Najważniejszym celem i zadaniem duchownego porządku dnia jest przepajanie dnia codziennego ideałem osobistym. Ważnym elementem duchowego porządku dnia członków Ruchu Szensztackiego jest troska o zbieranie wkładów do kapitału łask. Sam Ks. Kentenich zachęcał do włączenia w swój duchowy porządek dnia, w miarę możliwości i predyspozycji, różnych praktyk religijnych, m.in.: rozmyślania, czytania duchowego, różańca, nawiedzanie Najświętszego Sakramentu.

Dla mnie DPD to mój styl życia... Znam ideał i w moich punktach kontrolnych dnia on się wyraża. Nie jest to seria postanowień na miesiąc, ale coś, co jest moje i pomaga mi bardziej i świadomiej być sobą na co dzień. Problem z rozpracowaniem swojego DPD wynika z tego, że każdy jest inny i co innego go porusza. Nie ma tu zasady, poza tym, że mają to być rzeczy, które mnie przybliżają do Boga...

Jeśli jesteś bardzo rozmodlony i modlitwa przynosi Ci pokój serca, to w Twoim DPD znajdą się zapewne punkty dotyczące modlitwy. Jeśli Twoją misją jest kontakt z drugim człowiekiem i w tym się realizujesz, to nie zabraknie w twoich tabelkach punktów związanych z kontaktem z ludźmi... itd...

W kolejnych wpisach znajdzie się więcej konkretnych przykładów i inspiracji do formułowania swojego DPD, ale już dziś zachęcam do zmierzenia się z tym narzędziem...

Co miesiąc dostaję inspiracje duchowe, a w nich przykładową tabelkę. Może okaże się pomocna...





środa, 23 września 2015

Postanowienie szczegółowe

Zauważyłam, że wciąż nie piszę o konkretach. Asceza, samowychowanie, samodzielność... ale co to za środki ascetyczne?

Na początek postanowienie szczegółowe. Jest to narzędzie które pomaga w nadawaniu kierunku i kształtu osobistego rozwoju człowieka oraz jego dążenia do świętości. Swoimi korzeniami sięga do nauki św. Ignacego Loyoli, który zachęcał do ogólnego i szczegółowego rachunku sumienia. Praktyka postanowienia szczegółowego i pisemna jego kontrola była w Ruchu Szensztackim od samego początku jego istnienia. Ks. Kentenich uważał, że konkretne sformułowanie postanowienia szczegółowego powinno być możliwe do codziennej weryfikacji. Przykładowo postanowienie „będę cierpliwy”, jest nie dość konkretne, gdyż trudno jest na nie jednoznacznie odpowiedź „tak” lub „nie”. Rozwinięcie problemu, np.: „będę cierpliwy w stosunku do znajomych dokuczających mi z powodu rudych włosów” umożliwia konkretną odpowiedź, a jednocześnie jest pracą nad dystansem do samego siebie.

Postanowienie szczegółowe według ks. Kentenicha jest ściśle związane z urzeczywistnianiem ideału osobistego w życiu codziennym. Dlatego też powinno przede wszystkim służyć uszlachetnianiu głównej namiętności człowieka. Może on występować w ujęciu pozytywnym, gdy człowiek dąży do osiągnięcia jakiejś cnoty, bądź w negatywnym, gdy człowiek walczy z konkretnym grzechem. Tym samym postanowienie szczegółowe nie ma służyć jedynie zwalczaniu błędów, ale przede wszystkim ma być zorientowane pozytywnie i rozwijać talenty, oryginalność.

Osobiście jestem wielką fanką pozytywnego ujmowania postanowień - zamiast "nie będę się obżerał" - "będę jadł zdrowo"... Nie chodzi mi jednak tylko o samą formę, ale również o przedmiot pracy nad sobą. W pierwszej kolejności zawsze zabieram się za to co we mnie pozytywne - chcę to nade wszystko rozwijać. Zamiast pracować nad wybuchami złości (ich wyeliminowanie jest szalenie trudne) pracuję nad małymi gestami miłości w stosunku do najbliższych. Ma to podwójny efekt - praca nad uczynkami miłosierdzia eliminuje negatywne uczucia do ludzi, a tym samym zmniejsza wybuchy złości. Pamiętacie? W ascezie organicznej cały człowiek rośnie...

Częstym sposobem korzystania z postanowienia szczegółowego jest połączenie pracy nad nim z miesięczną spowiedzią. Stały spowiednik może pomóc w rozeznaniu go, określaniu czy zauważaniu postępów.

Praktyczne wykorzystanie postanowienia szczegółowego w dążeniu do świętości oraz jego pozytywne skutki można prześledzić na przykładzie biografii Józefa Englinga. Oto przykłady postanowień Józefa: „czy byłem gotowy pomóc komuś w potrzebie, czy odnosiłem się życzliwie do osób, które mi tej życzliwości nie okazywały, czy umiałem opanować przygnębienie, itp. ”. Wszystkie postanowienia Józef kontrolował pisemnie i przy każdej spowiedzi dawał sprawozdanie, czy i kiedy je dotrzymywał, a kiedy nie. Czynił to nieustannie, nawet w koszarach podczas wojny.

Zeszycik bądź kartka do zapisywania plusów i minusów to ważna sprawa, ale o tym następnym razem.

poniedziałek, 21 września 2015

Samodzielność

Samodzielność w samowychowaniu ma bardzo duże znaczenie. Na samym początku, w 1912 r. w słynnym wykładzie ks. Kentenich powiedział, takie słowa:

Chcemy się uczyć. Nie tylko wy, ale także i ja. Chcemy się uczyć wzajemnie od siebie. Albowiem nigdy nie umiemy za dużo, zwłaszcza w sztuce samowychowania, która jest dziełem, czynem, pracą całego naszego życia. 
Chcemy się uczyć, nie tylko teoretycznie, że trzeba tak a tak uczynić, że to jest dobrze, że to jest pięknie, że moim zdaniem jest to nawet konieczne. Prawdę mówiąc, mało by nam to pomogło. Nie, musimy uczyć się także praktycznie. Każdego dnia, każdej godziny musimy przykładać rękę do dzieła. 
Jak uczyliśmy się chodzić? Czy możecie sobie przypomnieć, jak uczyliście się chodzić?
Albo przynajmniej jak wasze rodzeństwo uczyło się tego? Czy wtedy matka wygłaszała wielkie mowy: Popatrz, Antosiu czy Marysiu - tak to musisz robić!? Wtedy nikt z nas nie chodziłby do dziś. Nie, ona wzięła nas za rękę i tak zaczęliśmy chodzić. Nie! Chodzenia uczymy się przez chodzenie, kochania przez kochanie; tak więc musimy się uczyć także wychowywać siebie przez stałą praktykę samowychowania. A okazji do tego na pewno nam nie brak. 

Chcemy uczyć się samowychowania. Jest to szlachetna, królewska czynność. Samowychowanie aktualnie, gdy chodzi o zainteresowanie, znajduje się na pierwszym miejscu we wszystkich wykształconych kręgach społeczeństwa. Samowychowanie jest nakazem religii, nakazem młodości, nakazem czasu.  [Akt Przedzałożycielski w: Akty Założycielskie]

W naszej polskiej, a może ogólnoludzkiej mentalności, jest coś takiego, że ciągle chcemy żeby ktoś nas prowadził za rączkę, mówił nam co mamy zrobić, jak mamy zrobić. Wtedy czujemy się bezpiecznie, no i mamy ewentualnie na kogo zwalić winę za nasze niepowodzenie... W przypadku samowychowania raczej nie ma na to miejsca. Owszem, może nam ktoś pomóc, powinniśmy zasięgać rad, ale... Założyciel wychowuje nas do samodzielności. Wymaga od nas odważnych decyzji i brania odpowiedzialności za siebie. Nikt nie urodził się doskonały i z instrukcją obsługi. Żeby oswoić środki ascetyczne trzeba je wypróbować, a potem eksperymentować i obserwować. I nie ma tu tak naprawdę błędów do popełnienia... Jest za to wzrastające doświadczenie, którym potem można się dzielić.... 

Jak mi nie pasuje moje postanowienie miesięczne, bo stwierdzam, że jednak nie pomaga mi we wzrastaniu, to je zmieniam... Można tak w połowie miesiąca? Można, szkoda czasu na bezproduktywność... Jeśli czuję, że za dużo czasu poświęcam na modlitwę, a za mało daję bliskim, to rezygnuję z tej czy tamtej modlitwy i spędzam czas z dzieckiem... Można? Można, a nawet trzeba... itd... To ja decyduję i podejmuję decyzje samodzielnie. Czasem przegadam moje sprawy z kimś mądrzejszym, ale nie liczę na to, że usłyszę "zrób tak i tak, to będzie tak i tak"... A jeśli ktoś mi tak nawet powie, to pewnie i tak nie posłucham - przekora? Nie... w każdym razie nie zawsze... ;)

Dopóki się nie spróbuje, trudno stwierdzić, czy i co pasuje. Psychologia mówi, że potrzeba trzech miesięcy, aby praktyka weszła w nawyk. Wygląda na to, że przez trzy miesiące trzeba po prostu nabrać nawyków - pisania, kontrolowania, rozważania, modlitwy, zmiany myślenia... Potem dopiero przyjdzie czas na głębię ćwiczeń duchowych.

Piszę to, żebyś się nie zniechęcił po pierwszym tygodniu... Bądź odważny i samodzielny! Jeśli Twoje serce rwie się ku Bogu, to cokolwiek nie zrobisz w Jego kierunku będzie wspaniałe...

wtorek, 15 września 2015

Asceza organiczna

Propagowana przez Ruch Szensztacki asceza zwana organiczną pod względem swej istoty i celu jest ascezą jak najbardziej katolicką. Odrębność wśród innych typów ascezy i swoistą oryginalność nadaje jej szczególne podkreślone pojęcie organizmu. Czerpiąc wiedzę z nauk przyrodniczych można powiedzieć, że charakterystyczną cechą organicznego rozwoju jest to, że każdy rozwój cząstkowy przyczynia się i dąży do ostatecznego rozwoju całokształtu organizmu.

W praktyce oznacza to, że pracując nad rozwojem w poszczególnych dziedzinach życia człowieka, krok po kroku, cały człowiek wzrasta. Jeśli pracuję nad jakąś pozytywną cechą charakteru np. cierpliwością czy uśmiechem, po jakimś czasie zauważam, że przy okazji zaczynam rzadziej się denerwować - cały człowiek rośnie...
Tak na marginesie: Jestem fanką pracy nad rozwijaniem pozytywnych cech. W moim przypadku próby skupiania się na słabych stronach zawsze kończyły się poddaniem. Gdy pracuję nad pozytywami, prędzej czy później dostrzegam, że to też praca nad eliminacją negatywów... Oczywiście to nie jest zasada - może dla typowych choleryków lepsze będzie zajęcie się słabymi stronami, co by dodatkowo w pychę nie popadli... Każdy musi rozeznać sam, co dla niego najlepsze.

Wracając do ascezy organicznej:
Niektórzy polscy pallotyni wychowywali się na podłożu ascezy organicznej. Jeden z nich, śp. ks. Balter był nią bardzo przejęty. Z zapisków jego sekretarza wiem, że napisał artykuł, który nigdy nie został wydrukowany. Był to 11 stronicowy maszynopis o ascezie organicznej pod wdzięcznym tytułem “Asceza Radości Życia”. Próbuję namierzyć ten artykuł. Nie ukazał się, ale jest nadzieja, że może gdzieś jest w zapiskach ks. Baltera w archiwum. Jestem ciekawa jak on opisał ascezę organiczną, chociaż już sam tytuł daje dużo do myślenia. Asceza radości życia, radość życia... W moim odczuciu to jeden z kluczy do dobrego praktykowania środków ascetycznych. Radość z powołania, radość z życia jakie zostało nam dane przez Boga, radość z ideału osobistego, myśli Boga o mnie... Radość Nieba, do którego zmierzam... Bo praca samowychowawcza to droga do świętości...

------

Dla dociekliwych artykuł, który znalazłam w sieci, a w którym czytam:
Kwestię potrzeby uzupełniania się wychowania naturalnego i nadnaturalnego podejmował między innymi Józef Kentenich w koncepcji pedagogicznej „ascezy organicznej”. Trudno oczywiście jednoznacznie przesądzać o tym, czy miał on bezpośredni wpływ na kształt dokumentu Soboru Watykańskiego II, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że jego system wychowawczy odegrał ważną rolę w transformacji Kościoła w dziedzinie wychowania.

wtorek, 8 września 2015

Asceza - kilka słów

Ostatecznie mam pisać o środkach ascetycznych, więc... zamiast wstępu parę słów o ascezie. 

Jak Wam się kojarzy słowo <asceza>? Negatywnie czy pozytywnie? Budzi chęć do pracy, czy raczej przeraża i hamuje?

Słowo asceza pochodzi od greckiego słowa askesis oznaczającego ćwiczenie oraz od askein - obrabiać, kształtować, ćwiczyć. Zauważcie, że mimo iż asceza, nie znaczy „umartwianie się” w praktyce jest to trud podejmowany przez człowieka dla osiągnięcia jakiejś doskonałości. Dla nas chrześcijan jest to doskonałość moralna, zjednoczenie z Bogiem, zbawienie, świętość... Słowo “trud” sprawia, że myśląc o ascezie, tracimy na nią ochotę. A szkoda...

Asceza nie jest pojęciem biblijnym, ale przełożenie jej na grunt chrześcijaństwa wynika z nauczania zawartego w Piśmie Świętym. Już w Starym Testamencie znajdujemy wołanie Mojżesza: „Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz!” (Kpł 19,2). W Nowym Testamencie Chrystus wzywa do zaparcia się samego siebie i wyrzeczenia się świata (zob. Mt 8, 34). Jednak asceza nowotestamentalna wcale nie jest rygorystycznym przestrzeganiem przykazań, tylko dobrowolną pracą nad sobą w celu oczyszczenia się z grzechu.

W Kościele pierwotnym asceza polegała na naśladowaniu życia Chrystusa. W Średniowieczu pobożność chrześcijańska została sformalizowana, zamknięto ją w zakazach i nakazach. Klasztory dały początek szkołom ascetycznym. Każda z nich akcentowała inne formy ascezy: benedyktyni – modlitwę liturgiczną, cystersi – pracę, inne na liturgie... Wraz ze św. Franciszkiem do form ascetycznych doszło ubóstwo. Potem przyszedł humanizm odrodzenia, reformacja oraz jezuici. Zerwano z formalizmem, a nacisk położono na znaczenie postaw wewnętrznych. To w tym czasie św. Franciszek Salezy zachęcał do rozmyślań, a św. Ignacy Loyola do ćwiczeń duchowych i rachunku sumienia.

Przebogata duchowość XX wieku nadała ascezie różne kierunki. Odrodziły się zakony kontemplacyjne, w których praktykowano ascezę opartą na wyrzeczeniu i surowym życiu. Jednocześnie, optymistyczne podejście do świata, doprowadziło do rozwoju pozytywnych form ascezy.

Nasz Ojciec Założyciel, zaproponował zupełnie nową jak na te czasy formę ascezy - ascezę organiczną. Jej specyfiką była troska o organiczny, całościowy i stopniowy rozwój wnętrza człowieka. Kierowała się ona starożytna zasadą „poznaj samego siebie” (gnóti se ‘autón) oraz wykorzystywała najnowsze dane z zakresu ówczesnych nauk psychologicznych i pedagogicznych. 

C.d.n.

---------------------------------------------------------------------

*Więcej o ascezie napisałam w mojej pracy dyplomowej...

czwartek, 3 września 2015

Samowychowanie - start

Wakacje się skończyły. Za mną jest już czas odetchnięcia od szkoły, zajęć obowiązkowych i dodatkowych, od monitora i pracy na rzecz małych i dużych "spraw"... Czas wrócić... Wracam więc z nowym pomysłem i nowymi tematami, które zapowiadałam gdzieś między wierszami, ale których jeszcze nie zdążyłam tu poruszyć...

Było samopoznanie... Będzie samowychowanie...

Wiem kim jestem. Znam swój ideał. Może nawet go stosuję w codzienności, na tyle, ile potrafię. Zauważam jednak, że wciąż mi daleko do zadowolenia z siebie. Mimo, że wiem to i owo, mimo, że siebie rozumiem... Okazuje się, że moja natura nie jest w stanie wprowadzić w życie Bożego ideału. No cóż... Można by rzec: jestem tylko słabym człowiekiem... Można by rzec: już tak mam... I nie będzie to kłamstwo - bo dziś jestem jaka jestem. Na szczęście nie znaczy to, że jutro nie mogę być trochę lepsza... I tu właśnie pojawia się to słowo "samowychowanie"...

To co mnie czeka dalej, w drodze do świętości, to praca nad sobą. Osobiście traktuję ją jako coś fantastycznego, ale nie ukrywam, że nosi ona znamiona wysiłku. Praca nad sobą... Można pracować nad sobą na wiele sposobów. Ja próbowałam dwóch...

Pierwszy z czasów, gdy byłam nastolatką. Ksiądz przy każdej spowiedzi mówił mi nad czym mam pracować przez kolejny miesiąc. Nie pamiętam jak mi to szło, ale pamiętam, że co miesiąc to było coś innego. Teraz sobie myślę, że to było dość wygodne - on mi mówił co mam robić, ja to robiłam bądź nie, i do przodu. Pewnie czegoś się nauczyłam przy okazji, ale nie była to: samodzielność i kreatywne myślenie o swoim życiu duchowym.

Zdecydowanie bardziej spodobał mi się drugi sposób, który poznałam zgłębiając podstawy Szensztatu - samowychowanie za pomocą środków ascetycznych zaproponowanych przez o. Józefa Kentenicha, a rozwiniętych (czy przepracowanych) przez jego wychowanka, Józefa Englinga.

W kolejnych wpisach będę kontynuować moje spostrzeżenia na temat pracy ze środkami ascetycznymi. Opiszę je, skomentuję... W literaturze szensztackiej można doczytać to i owo na ten temat, ja jednak pozwolę sobie na swój własny sposób mówienia o nich. Moje refleksje mają być jedynie inspiracją do własnych przemyśleń i poszukiwań swoich własnych metod pracy nad sobą...

środa, 20 maja 2015

Drugi stopień formalny

Kiedy zamierzałam pisać o stopniach formalnych ideału , wydawało mi się to takie proste. Jednak, gdy próbuję teraz zebrać myśli w sensowną notatkę okazuje się to nie łatwe.

W pierwszym stopniu chodziło o praktykę/nawyk kilkukrotnego odnawiania treści ideału w ciągu dnia.

Drugi stopień jest związany z patrzeniem na siebie pod kątem ideału, a także, poniekąd, z rachunkiem sumienia z wykorzystaniem ideału osobistego.

Najpierw refleksja w tył: Jak dziś uwidocznił się mój ideał?  Jak w konkretnej sytuacji dnia się zachowałam? Czy zgodnie z tym, kim jestem?

Refleksja w przód: Co mogę zmienić w moim zachowaniu albo co zrobić w konkretnej sytuacji? Co stoi przede mną - jakie wydarzenie, wyzwanie? Co zrobić by zachować się w zgodzie ze sobą?

Gdy robimy rachunek sumienia, czy ten codzienny, czy ten tuż przed spowiedzią, często posiłkujemy się pytaniami z książeczki do nabożeństwa. Nie macie wrażenia, że połowa pytań jest banalna, albo w ogóle Was nie dotyczy?

Dla przykładu:
Jeśli w moim ideale jest zaakcentowana cierpliwość, to z tej cierpliwości chcę się rozliczyć. Nie wystarczy, że ani razu nie puściły mi nerwy - mogę nawet nie mieć z tym problemu. Środek ciężkości mojego sumienia przesunie się w kierunku wykorzystania mojej cierpliwości w codziennym życiu. Np. czy nie zaniechałam rozmowy z dzieckiem lub starszym człowiekiem (wiadomo, że w obu przypadkach trzeba wykazać się dużą cierpliwością)...

W ten sposób rozpatrując swoje postępowanie, powoli zacznę uwrażliwiać się na to, co Pan Bóg dla mnie przygotował. Zacznę widzieć jaśniej, które sprawy powinny być dla mnie ważne, a które mniej istotne. Wtedy i moje sumienie, będzie pracować z większym spokojem i w odpowiednim kierunku.