Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 sierpnia 2025

Czterdzieści i cztery


Są liczby, które nie oznaczają lat, lecz momenty.
Nie zapisują się w dokumentach, ale w głębi, którą odkrywamy dopiero z czasem.

„A imię jego czterdzieści i cztery” -  pisał Mickiewicz, pozostawiając tę liczbę owianą tajemnicą. Nie wiadomo, czy chodziło o wiek, osobę, czas, czy może stan ducha.
Być może chodziło właśnie o przejście - ciche, ale zasadnicze. 
O ten moment, kiedy coś się kończy, a coś zaczyna.
Nie dramatycznie. Nie z fanfarami.
Raczej w świadomości, że nie da się iść dalej tak samo.

W moim osobistym kalendarzu symbolicznie otwiera się nowy rozdział.
Nie dlatego, że "tak wyszło", ale dlatego, że czuję, jak grunt pod stopami staje się inny.
Zaczynam coś nowego w znanym świecie - z nową odpowiedzialnością, nowym spojrzeniem, z poczuciem, że nie chodzi już o robienie więcej, ale inaczej.

Być może „czterdzieści i cztery” to nie tylko zapowiedź wybawiciela narodów, ale też wezwanie do przemyślanego istnienia.
Do budowania z tego, co zostało sprawdzone ogniem.
Do bycia sobą - bez przymusu bycia kimś.

Nie wiem, co ten czas przyniesie.
Ale wiem, że nie chcę go przeżyć odruchowo.
Chcę być w nim obecna.




piątek, 23 maja 2025

Gdy patrzyłam na świat w 2016...

Czy naprawdę tyle się zmieniło?

Podczas porządków w plikach, znalazłam tekst z listopada 2016 roku. Zdziwiło mnie, jak bardzo nadal we mnie żyje. Może dziś jestem spokojniejsza, może mniej ostra w ocenach, ale pytania – te najgłębsze – zostały. Publikuję bez zmian. Bo może to nie tylko moje pytania.
Obserwuję świat... Zasmuca mnie, inspiruje i buduje...

Ludzie na granicy - bez domu, bez perspektyw, ściśnięci w obozach (nieważne, że nazwanych "przejściowymi"), oczekujący na wyroki - łaski lub wygnania...

Ludzie z "G8" - "bogacze tego świata", zapatrzeni w mamonę, inwestujący kasę w wojny, biznesy, niepatrzący na ludzkie dramaty... odpowiedzialni za sytuację tych pierwszych...

Ludzie "kościołowi", o których nie można napisać - ludzie Kościoła, krzyczący językiem nienawiści, ksenofobiczni, odrzucający człowieka, a zajmujący się ideami, konstrukcjami, w których nie ma miejsca dla realu życia... winiący nie tych co trzeba...

Ludzie tradycji, żyjący w swoim świecie, nie zainteresowani rozwiązaniami współczesności, wygłaszający wyroki, wszystko co nie jest białe określający herezjami...

Ludzie prawdziwie miłosierni, rozumiejący prawdę o miłości miłosiernej, okrzykiwani lewakami... z papieżem na czele... nie tworzący programów, ale robiący swoje, cicho, wiernie, uczynek miłosierdzia za uczynkiem - podanie choremu wody, wysłuchanie zagubionej duszy, nieskreślenie grzesznika, pomagający skrzywdzonym blisko i bardzo daleko, szanujący życie (nie słowem ustawy, ale na co dzień).... nie mający czasu, na krzyki i kłótnie na ekranie...

Ludzie obrażeni na Kościół, na wiarę, na religie świata... nie dostrzegający prawdziwego powodu zamieszania... zmanipulowani informacjami, niesłuchający głosu serca, który zawsze mówi "kochaj... jestem..."

Ludzie milczący z głową na karku, którzy nie zabierają głosu... a co mają powiedzieć, gdy prawda nie dociera do nikogo...

Ludzie naiwnie bezmyślni, wierzący w każde słowo zasłyszane czy przeczytane, nawet jeśli nie jest zgodne z logiką... z jakiegoś powodu nie umiejący się przebić przez szum...

Ludzie walczący... nie poddający się mimo niezrozumienia, mimo krytyki, mimo szyderstwa... jedni walczą za prezesa i jego poranione serce... inni walczą za Boga, tego prawdziwego, mówiącego "bądźcie święci jak ja jestem święty", "kochajcie bliźniego jak siebie samego"...

Jakim człowiekiem jestem? Jakim nie chcę być? Jakim będę...

Wiem tylko, których podziwiam...

czwartek, 8 maja 2025

Papież Leon XIV

To było moje trzecie konklawe. I choć minęły lata, moment ogłoszenia nowego papieża wciąż budzi we mnie skupienie, które trudno opisać. Nie chodzi o medialny spektakl, ale o świadomość, że Kościół znów wchodzi w nowy etap – z kimś, kto będzie prowadził, słuchając.

Papież Leon XIV nie uderzył w mocne tony. Zamiast tego – cicho, prawie niepozornie – rozpoczął od słów: Niech pokój będzie z wami wszystkimi. Te słowa mnie zatrzymały. Nie są oryginalne. Ale właśnie dlatego – są mocne. Wypowiedziane dziś, brzmią jak program i modlitwa jednocześnie.

Pokój nie jest dla mnie czymś abstrakcyjnym. Nie oznacza świętego spokoju ani wygodnej obojętności. To ten trudny, ale możliwy stan wewnętrznej równowagi, który pozwala żyć z tym, co życie przynosi, także wtedy, gdy jest trudno. To zgoda na brak pełnej kontroli i na szukanie sensu zamiast gotowych odpowiedzi. Właśnie takiej postawy uczę się każdego dnia w tych niespokojnych czasach.

A przecież dziś pokój potrzebny jest światu bardziej niż kiedykolwiek. Nie jako slogan, ale jako codzienna decyzja – w polityce, w rodzinie, w duszy. Dlatego słowa papieża mają dla mnie wagę. Widzę w nim spokojną kontynuację Franciszka – nie przez podobieństwo charakterów, ale przez bliskość ludziom, prostotę i wyczucie tego, co naprawdę ważne.

To nie początek rewolucji, ale może właśnie dlatego budzi zaufanie i daje nadzieję na coś trwałego.

wtorek, 22 kwietnia 2025

Odejście Papieża Franciszka – cisza, która zatrzymuje.

Aleteia Image Partners/CC 2.0

Wczoraj, w Poniedziałek Wielkanocny, zmarł Papież Franciszek. Jego odejście porusza — nie tylko dlatego, że był papieżem, ale dlatego, że potrafił być blisko, bez wielkich gestów. W jego stylu bycia było coś, co zatrzymywało — prostota, uważność, odwaga mówienia rzeczy oczywistych, ale często przemilczanych.

Nie będę pisać o faktach, o statystykach i tytułach. Wystarczy powiedzieć: BYŁ. I to wystarczy, żeby dziś przez chwilę zamilknąć. 

Jego pontyfikat nie był idealny. Ale może właśnie dzięki temu był prawdziwy. Uczył, że nie trzeba być doskonałym, żeby mieć coś ważnego do powiedzenia. Że Kościół to nie struktura, ale ludzie. Że Ewangelia to nie teoria, tylko konkret życia. Że życie to nie zestaw gotowych odpowiedzi, ale raczej nieustanne poszukiwanie, które w końcu prowadzi nas do miłości.

Dziś świat milknie. Nie z powodu protokołu żałoby, ale dlatego, że zamilkł głos, który mówił: „Nie bój się być człowiekiem”. Dziś zostaje cisza — nie dramatyczna, ale pełna. Może właśnie taka, jakiej teraz potrzebujemy.

Niech ta cisza nie stanie się pustką, lecz przestrzenią, w której wybrzmią nasze własne odpowiedzi na pytania, które on zadawał. Niech jego życie będzie dla nas przypomnieniem, że świętość to nie ideał nieosiągalny, ale codzienny wybór miłości.

Odpoczywaj w pokoju (*)

niedziela, 18 listopada 2018

Moje uczucia

Jest tyle różnych uczuć we mnie... Większość ciepłych, dobrych, wdzięcznych, wynikających z głębokości relacji z Bogiem oraz z zażyłych więzi z ludźmi... 

Więc, po pierwsze - tęsknię bardzo, ale to pozytywne uczucie... bo to znaczy, że jest coś więcej... Ta tęsknota to takie pragnienie serca.. serca, które dzieli się na mnóstwo kawałków, przy każdym zostawiając swoją cząstkę. Wiem, że to melancholik, ale tak jest... Cała... z duszą poety... Nie umiem się wyrażać z prostych rozmowach, potrzebuję się wyrażać w słowach zawiłych... Proste słowa są za małe by opisać rzeczywistość...

Po drugie - wdzięczność... codziennie od nowa dziękuję... szczególnie za to co daleko, za to czego doświadczyłam, za każdy sukces, a jeszcze bardziej za porażki, za świadomość, za odwagę i samodzielność...

Po trzecie - duma i zachwyt nad sobą - pewność drogi, dawno nie czułam się tak bardzo na swoim miejscu w świecie... mimo iż do realizacji celów blokują mnie ciemne myśli, jestem zadowolona z siebie... paradoks... 

Są we mnie też inne uczucia - te które nie przynoszą mi pokoju, te, które mnie biczują - oczekiwanie na wolność, zgoda na śmierć dziecka, niezgoda na niezasłużone cierpienie matki, zmęczenie codziennością, brak dzielności w niesieniu wszystkich poprzednich... 

Czasem czuję się taka niedoskonała... Odpychałam to gdzieś, ale po śmierci tej dziewczynki, nie mogę dłużej udawać, że jest super, a ja jestem super gotowa i super dzielna... Nie mogę o tym pisać.. nie mogę o tym gadać... nawet nie chodzi o to żeby to wygadać... Najważniejsze, żeby mi się udało to oswoić - uświadomić sobie, że cokolwiek nie pomyślę, nie jestem zła... że cokolwiek nie pomyślę, Pan Bóg nie zmieni o mnie zdania i dalej będzie mnie kochał... 

Wczoraj pewna dziewczyna napisała mi całkiem w innym kontekście "Ania, jest w Tobie tyle dobra"... nie pasowało to do niczego.. ot taki głos... ale przyniósł mi trochę spokoju... na tyle by dopuścić myśl, że jest jak jest, i to co myślę nie przekreśla mnie...